Około 100 osób zasiadło do XV edycji Miejskiego Dyktanda dla Dzieci i Młodzieży zorganizowanego przez Poradnię Psychologiczna-Pedagogiczną w Tarnobrzegu. Zmagania językowe odbyły się w Państwowej Akademii Nauk Stosowanych, przy ulicy Kardynała Stefana Wyszyńskiego.
Tekst dyktanda opracowały Justyna Uchańska i Karolina Kochańczyk – Sieroń. Wspierała je emerytowana polonistka Maria Pałkus.
– Mamy tak bogaty język, więc naszym celem jest zawsze dobra zabawa i wskazanie, że w naszym języku mamy mnóstwo wyrażeń, wyrazów, które są zapomniane, nieużywane – mówi Karolina Kochańczyk – Sieroń.
Jak co roku w dyktandzie wzięli udział uczniowie ze szkół podstawowych i średnich z terenu miasta. W tym gronie był Patryk Wilk z I Społecznego Liceum Ogólnokształcącego imienia Hetmana Jana Tarnowskiego.
W dyktandzie rywalizowała również kategoria VIP, którą reprezentowali dziennikarze, policjanci, ludzie kultury oraz urzędnicy, m.in. naczelnik Wydziału Promocji, Kultury, Sportu i Komunikacji Społecznej Urzędu Miasta w Tarnobrzegu – Katarzyna Knap-Sawicka.
Dyrektor poradni Jacek Kulasa chwali inicjatywę.
W kategorii dziecięco młodzieżowej najlepiej z treścią dyktanda poradzili sobie Mikołaj Bieniek, Nikola Lulek i Julia Szostek. Mistrzem ortografii w kategorii VIP została Renata Domka z Tarnobrzeskiego Domu Kultury.
Treść dyktanda.
(„) Cymelium, cyjanek i cokolwiek innego („)
W półmroku późnojesiennego popołudnia, gdy mlecznobiałe smużki mgły unosiły się na obrzeżach (p)Parku (d)Dzikowskiego, w Zamku Tarnowskich doszło do incydentu, ochrzczonego przez lokalną socjetę mianem bezprecedensowego homicidium.
W muzealnej książnicy, wpośród bezcennych inkunabułów, cymeliów rękopiśmiennych i rzadkich starodruków, odnaleziono ciało Ważysława Odrowąża – (,) małomiasteczkowego ekscentryka, polihistora i ultraentuzjasty hermeneutycznej filozofii różokrzyżowców. Wątłuchny denat spoczywał bezładnie na berberyjskiej handirze, a obok niego leżał mosiężny lichtarz, upstrzony rubinowobrunatną cieczą, budzącą hemoglobinopodobne skojarzenia. Słaba, choć wyczuwalna, woń gorzkich migdałów implikowała intoksykację cyjanowodorem.
Podinspektor Jędrzej, ponadpięćdziesięciodwuipółletni dochodzeniowiec o nadnaturalnej wręcz intuicji, wdrożył iście benedyktyńską kwerendę. Towarzyszyła mu Hortensja, żarliwa adherentka praworządności i harmonii, czyhająca na ekstraokazję zawodowej nobilitacji.
Zeznania świadków obfitowały w irracjonalne miraże zdarzeń. Wzburzona kustoszka, (o)Otwocczanka i miłośniczka świdermajerów Andriollego, mnożyła hipotezy z żarliwością godną scholastycznej dysputy. Z kolei zrzędliwy, małomówny i mało towarzyski stróż, Górnołużyczanin, wycharchał coś o hematofobii i czmychnął stamtąd chyżo.
Trwała analiza mikrośladów oraz faz rzekomego rigor mortis, gdy Hortensja zauważyła dyskretną aktywność przepony „zmarłego”. Zabójstwo okazało się wyreżyserowaną mistyfikacją, pseudosensacyjnym blamażem. Ważysław, w ramach eksperymentu socjologicznego nad autentycznością żałoby towarzyskiej, upozorował własną śmierć. Wykorzystał w tym celu benzaldehyd, hydrochlorotiazyd oraz kapsułkę z syntetycznym barwnikiem spożywczym.
„Cóż za żenująca żonglerka żałosną żądzą próżności” – zżymała się zdegustowana sierżantka.
I tak kryminalna arcyzagadka wszech czasów okazała się niskobudżetową i małoobsadową, kołtuńską tragifarsą turpistyczną.


























